Halloween: dynia to dopiero początek! Dziwne zwyczaje, wróżby i historie z dreszczykiem
Jeśli po naszym ostatnim spotkaniu z rodziną Addamsów macie ochotę na jeszcze odrobinę kontrolowanego mroku, to dobrze trafiliście. W końcu październik ma swoje prawa. Wieczory robią się coraz dłuższe, liście szeleszczą pod nogami, a nawet zwykły spacer po zmroku może zamienić się w scenę z filmu, w którym bohater właśnie popełnia klasyczny błąd: słyszy dziwny dźwięk i postanawia sprawdzić, co się stało.
Tym razem nie będziemy jednak po raz kolejny opowiadać, skąd wzięło się Halloween, ani robić listy angielskich słówek związanych z duchami. Pisaliśmy już o tym w zeszłym roku w artykule „Boo! Czyli jak nie bać się Halloween (i języków obcych)”.
zapraszamy tu: https://englishbreak.eu/halloween-boo
Dziś zajrzymy tam, gdzie zwykle nie zaglądamy: do dawnych kuchni, ludowych wierzeń i tradycji, które przetrwały setki lat albo zniknęły niemal bez śladu. Sprawdzimy, dlaczego dynia nie zawsze była królową Halloween, jak ciasto mogło przepowiadać małżeństwo i dlaczego dawniej przebieranie się za kogoś innego miało znacznie poważniejsze uzasadnienie niż wygranie konkursu na najlepszy kostium.
A na koniec przekonamy się, że nie wszędzie śmierć, duchy i pamięć o zmarłych łączą się z horrorem. Czasem chodzi o coś zupełnie innego.
Zaparzcie herbatę, przygaście światło i czytajcie dalej. Tylko nie zapomnijcie sprawdzić, czy pod stołem nie siedzi Rączka.
1. Dynia? Kiedyś to była rzepa!

Wyobraźcie sobie Halloween bez wielkich, pomarańczowych dyń z wyciętymi oczami i zębami. Trudne? A jednak przez długi czas właśnie tak wyglądała ta tradycja! Zanim dynia stała się symbolem Halloween, mieszkańcy Irlandii i części Wielkiej Brytanii wydrążali warzywa korzeniowe, przede wszystkim rzepy. W środku umieszczali źródło światła, a na zewnątrz wycinali twarz, która miała wyglądać możliwie niepokojąco. I nie chodziło o starannie zaprojektowany uśmiech, jaki dziś widzimy na zdjęciach z konkursów na najładniejszą dynię. Dawne lampiony miały być koślawe, groźne i naprawdę nieprzyjemne dla oka. Wyobraźcie sobie taką twarz migoczącą w ciemności przy drodze, w czasach, kiedy oświetlenie uliczne nie istniało. Efekt mógł być całkiem przekonujący!
W zbiorach National Museum of Ireland zachował się model takiej latarni, nazywanej ghost turnip, czyli upiorną rzepą. Oryginalny lampion pochodził z okolic Fintown w irlandzkim hrabstwie Donegal. Do muzeum trafił w 1943 roku, a osoba, która go przekazała, wspominała, że podobne lampiony wykonywano w okolicy około 1900 roku.
Zachęcamy: spójrzcie tu:
Dlaczego więc zamieniliśmy rzepę na dynię? Odpowiedź jest dość praktyczna. Po pierwsze, w Ameryce dynie były łatwo dostępne. Po drugie, ich rozmiar i kształt idealnie nadawały się do tworzenia lampionów. Po trzecie, wydrążanie dużej dyni jest znacznie wygodniejsze niż mozolne wycinanie twarzy w twardej rzepie. Amerykańska wersja tradycji stopniowo zdobyła popularność i dziś trudno sobie wyobrazić Halloween bez dyni.
Jest w tym coś zabawnego. Zwyczaj, który miał odstraszać tajemnicze istoty i nieproszonych gości, stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych dekoracji jesiennych. Dziś dynie ustawiamy na gankach, przed sklepami i w oknach, a ich upiorne miny częściej wywołują uśmiech niż strach. Mało tego, niektóre lampiony wyglądają tak sympatycznie, że trudno uwierzyć, iż miały kogokolwiek przestraszyć.
Mały językowy smaczek: po angielsku wydrążoną dynię z podświetlonym wnętrzem nazywamy jack-o’-lantern. Nazwa wiąże się z dawną opowieścią o Jacku, który po śmierci nie znalazł miejsca ani w niebie, ani w piekle i miał wędrować po świecie z żarzącym się węglem umieszczonym w wydrążonym warzywie. Z czasem legenda i tradycja tworzenia lampionów połączyły się w symbol, który znamy do dziś.
Koniecznie zajrzyjcie tutaj: https://galwaycitymuseum.ie/blog/turnip-lantern-tradition/?utm
A teraz pomyślcie, jak wyglądałby konkurs na najpiękniejszą rzepę Halloweenową. Być może to właśnie nowa kategoria, której brakuje w naszych jesiennych kalendarzach?
2. Cukierek albo psikus? Dawniej trzeba było na coś zapracować!
Dziś wystarczy założyć kostium, wziąć torbę i zapukać do drzwi z okrzykiem trick or treat!. W niektórych miejscach dzieci wracają z taką ilością słodyczy, że rodzice zaczynają zastanawiać się, czy przypadkiem nie należało zainwestować w większy pojemnik na cukierki.
Ale dawniej podobne zwyczaje wyglądały nieco inaczej. W Irlandii i Szkocji znana była tradycja określana jako guising. Nazwa pochodzi od przebierania się lub ukrywania swojej tożsamości. Osoby odwiedzające domy zakładały maski i kostiumy, a niekiedy odgrywały krótkie scenki, recytowały wiersze lub śpiewały. W zamian otrzymywały jedzenie albo drobne upominki. Zwyczaj ten jest jednym z historycznych poprzedników współczesnego chodzenia po cukierki.
Nie wierzycie? Zerknijcie tu:
https://blog.historicenvironment.scot/2023/10/samhainn-and-the-scottish-traditions-of-halloween/?utm
Różnica? Samo pojawienie się pod drzwiami nie zawsze wystarczało. Trzeba było jeszcze zaprezentować coś, co rozbawi albo zainteresuje gospodarzy.
Wyobraźcie sobie, że dziś ktoś dzwoni do Waszego mieszkania w stroju wampira, a kiedy otwieracie drzwi, zamiast prosić o cukierki, recytuje wiersz po angielsku. Albo wykonuje krótki taniec. Dopiero potem wyciąga torbę. Brzmi jak ciekawa alternatywa dla zwykłego „cukierek albo psikus”, prawda? W dawnych tradycjach przebranie miało też inne znaczenie. Wierzono, że noc związana z końcem października jest szczególnym czasem, kiedy należy zachować ostrożność wobec istot ze świata nadprzyrodzonego. Ukrycie własnej tożsamości mogło więc służyć nie tylko zabawie, lecz także ochronie przed tym, co nieznane. Z biegiem czasu obrzędy, lokalne zwyczaje i zabawy ewoluowały. Nie powstało jedno Halloween, które w niezmienionej formie przetrwało tysiące lat. To raczej mieszanka różnych tradycji, które zmieniały się wraz z ludźmi, ich wierzeniami i sposobem życia. I właśnie to jest w historii świąt najciekawsze: czasem zwyczaj, który dziś wydaje nam się oczywisty, ma znacznie bardziej złożoną przeszłość, niż moglibyśmy przypuszczać.
3. Ciasto, które mogło zdradzić, kogo poślubisz
A teraz przenieśmy się do irlandzkiej kuchni. Będzie coś dla osób, które lubią słodycze, ale też dla tych, którzy od czasu do czasu zastanawiają się, co przyniesie przyszłość. W Irlandii tradycyjnym przysmakiem związanym z Halloween jest barmbrack, znany również pod irlandzką nazwą báirín breac. To rodzaj słodkiego pieczywa z dodatkiem suszonych owoców. Wygląda całkiem niewinnie, ale dawniej mógł kryć w sobie coś więcej niż rodzynki. W cieście umieszczano różne drobne przedmioty, które miały przepowiadać przyszłość osobie, która znalazła je w swoim kawałku. Najbardziej znany jest pierścionek. Osoba, która na niego trafiła, miała wkrótce wyjść za mąż lub się ożenić. Brzmi romantycznie, prawda? Zwłaszcza jeśli akurat czekamy na wielką miłość.
Ale inne przedmioty nie były już tak obiecujące. Guzik mógł oznaczać, że mężczyzna pozostanie kawalerem, naparstek – że kobieta nie wyjdzie za mąż, a kawałek materiału miał zwiastować biedę. Moneta symbolizowała natomiast bogactwo. W niektórych wersjach tradycji pojawiały się również inne przedmioty, którym przypisywano odmienne znaczenia.
Sprawdźcie sami!
https://source.museum.ie/en-IE/News/2023/Ghost-turnips%2C-pucas%2C-fortune-telling-and-evil-abd?utm
Wyobraźcie sobie minę osoby, która z nadzieją sięga po kawałek ciasta, a zamiast pierścionka znajduje guzik. Oczywiście, nie był to żaden wiarygodny sposób przewidywania przyszłości. To element ludowych wierzeń i zabaw, które miały dodać wieczorowi odrobinę tajemnicy. Warto jednak zauważyć, że dawniej Halloween nie ograniczało się do straszenia. Było również okazją do wspólnych spotkań, jedzenia i zabaw związanych z przyszłością. Ludzie zastanawiali się nad tym samym co dziś: czy znajdą miłość, czy będą mieli szczęście, czy czeka ich dostatnie życie. Zmieniły się dekoracje i sposób spędzania wolnego czasu, ale niektóre pytania pozostają zaskakująco aktualne. Może więc w tym roku warto przygotować własne barmbrack? Oczywiście, bez przedmiotów, które mogłyby uszkodzić komuś ząb. Pierścionek można przecież wręczyć osobno, a przyszłość zostawić w spokoju.
4. Jabłko, miska z wodą i kilka pytań o przyszłość
Skoro już jesteśmy przy dawnych wróżbach, nie możemy pominąć jabłek. Dziś kojarzą się przede wszystkim z jesienią, szarlotką i przekąską do pracy. W dawnych zabawach związanych z Halloween potrafiły jednak pełnić znacznie bardziej tajemniczą funkcję. Jedną z tradycji była zabawa znana jako bobbing for apples. Polegała na wyławianiu jabłek z miski lub dużego naczynia wypełnionego wodą bez używania rąk. Uczestnicy pochylali się nad wodą i próbowali złapać owoc zębami. Jeśli kiedykolwiek próbowaliście tego na imprezie, wiecie, że łatwe to nie jest. Jabłko ucieka, woda chlupie, a człowiek po kilku próbach zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę potrzebuje tej przekąski aż tak bardzo.
Dawniej zabawa mogła mieć również związek z wróżbami miłosnymi. Jabłka i inne owoce wykorzystywano w różnych praktykach, które miały pomóc odkryć, kto zostanie przyszłym mężem lub żoną. Nie chodziło więc wyłącznie o sprawność fizyczną i dobrą zabawę. W tle pojawiała się nadzieja, że uda się zajrzeć choć trochę w przyszłość. To zresztą ciekawy element dawnych zwyczajów. W czasach, kiedy ludzie mieli mniejszy wpływ na wiele spraw związanych z życiem, małżeństwem czy sytuacją materialną, wróżby dawały im możliwość symbolicznego oswojenia niepewności. Dziś zamiast zaglądać do miski z wodą, sprawdzamy horoskopy, testy osobowości i internetowe quizy. Nie twierdzę, że to dokładnie to samo, ale pewna potrzeba poznania odpowiedzi na pytanie „co mnie czeka?” jest nam chyba całkiem dobrze znana.
A jeśli chcecie urządzić taką zabawę na Halloween, pamiętajcie, że woda i jabłka to całkiem niewinne rekwizyty. Nie trzeba od razu wynajmować nawiedzonego zamku.
5. Kiedy zmarli nie mają straszyć. Meksykańskie święto pamięci
Halloween to nie jedyny moment w kalendarzu, kiedy w różnych kulturach pojawia się temat śmierci i pamięci o zmarłych. Warto jednak uważać, żeby nie wrzucać wszystkich tych tradycji do jednego worka z napisem „straszne święta”. Weźmy meksykańskie Día de Muertos, czyli Dzień Zmarłych. Kolorowe dekoracje, ozdobne czaszki, kwiaty i charakterystyczne makijaże sprawiają, że święto to bywa przedstawiane jako bardziej radosna odmiana Halloween. To jednak duże uproszczenie.
Día de Muertos ma własną historię i znaczenie, związane między innymi z rdzennymi kulturami Meksyku i Ameryki Środkowej oraz późniejszym wpływem chrześcijaństwa. Najważniejsza jest pamięć o bliskich, którzy odeszli, a nie straszenie innych czy przebieranie się dla zabawy. Rodziny przygotowują ofrendas, czyli specjalne ołtarze lub miejsca pamięci. Umieszczają na nich fotografie zmarłych, świece, kwiaty, jedzenie i przedmioty, które przypominają o konkretnych osobach. W wielu miejscach ważną rolę odgrywają nagietki, których intensywny kolor i zapach są związane z tradycją święta. Pojawiają się także ozdobne czaszki, nazywane calaveras, które stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli meksykańskiej kultury. Zamiast traktować śmierć wyłącznie jako coś przerażającego, uczestnicy święta skupiają się na wspomnieniach, rodzinnych historiach i więzi z tymi, których już nie ma.
To zupełnie inna perspektywa niż ta, którą znamy z horrorów. I właśnie dlatego warto poznawać tradycje innych krajów bez sprowadzania ich do kolorowych obrazków z mediów społecznościowych. Za każdym zwyczajem może kryć się historia, która wymaga nieco więcej uwagi.
Dla nas, w English Break, to również przypomnienie, że nauka języka jest okazją do poznawania sposobów myślenia ludzi z innych części świata. Czasem jedno obce słowo otwiera drzwi do całej opowieści o rodzinie, historii i pamięci.
6. A co, jeśli najstraszniejszy jest… zwyczajny świat?
Jest jeszcze jeden powód, dla którego Halloween od lat fascynuje ludzi. To święto pozwala nam na chwilę pobawić się tym, co nieznane, dziwne i nieco niepokojące. Wystarczy spojrzeć na popularność horrorów, opowieści o nawiedzonych domach czy miejskich legend. Lubimy się bać, o ile możemy w dowolnym momencie zamknąć książkę, wyłączyć telewizor albo zapalić światło.
Ale ciekawostką jest to, że dawne tradycje związane z Halloween nie zawsze skupiały się na samym strachu. Często chodziło o wspólnotę, jedzenie, muzykę, wróżby i spotkania z sąsiadami. W Irlandii popularne były wspólne ogniska, zabawy i opowiadanie historii, a w niektórych miejscach zwyczaje te przetrwały w zmienionej formie do dziś.
Z perspektywy współczesnego człowieka może to być nawet zaskakujące. Halloween kojarzymy z horrorami, krwią, duchami i mrocznymi dekoracjami, tymczasem dla wielu dawnych społeczności był to również moment przejścia między porami roku, okazja do spotkania i przygotowania się na zimę. Nie wszystko, co wygląda upiornie, musi więc mieć wyłącznie przerażające znaczenie. A jeśli przyjrzymy się językowi, zauważymy jeszcze jedną rzecz: słowa związane z Halloween często wywołują określone emocje.
Spooky oznacza coś, co budzi niepokój, jest tajemnicze albo lekko straszne. Nie musi chodzić o prawdziwy horror. Czasem wystarczy stary dom, skrzypiące drzwi i dźwięk, którego nie potrafimy wyjaśnić.
Eerie opisuje atmosferę, która jest dziwna, niesamowita i niepokojąca. To dobre słowo na mglisty las, opuszczoną ulicę albo pusty korytarz w starym budynku.
Z kolei creepy określa coś, co wywołuje nieprzyjemne wrażenie lub sprawia, że czujemy się nieswojo. Może to być podejrzanie realistyczna lalka, dziwna wiadomość albo człowiek, który patrzy na nas zdecydowanie zbyt długo.
Te słowa nie są identyczne, choć wszystkie mogą pojawić się w rozmowie o Halloween. I właśnie takie niuanse sprawiają, że poznawanie języka jest ciekawe. Możemy nauczyć się nie tylko tego, jak powiedzieć „straszny”, ale też jak opisać konkretny rodzaj strachu, atmosferę czy emocje, których nie da się łatwo zamknąć w jednym polskim słowie.
A przy okazji: nie trzeba czekać na Halloween, żeby używać ich w praktyce. Wystarczy obejrzeć dobry thriller, przeczytać opowiadanie z dreszczykiem albo wybrać się na wieczorny spacer, kiedy mgła zasłania wszystko, co znajduje się kilka metrów dalej. Tylko pamiętajcie, żeby nie sprawdzać każdego podejrzanego dźwięku. Bohaterowie horrorów robią to nagminnie i rzadko wychodzi im to na dobre.
Na zakończenie: nie tylko dynie i cukierki
Halloween ma wiele twarzy. Jedna pachnie świeżo wydrążoną dynią, druga przypomina starą irlandzką legendę, a trzecia prowadzi nas do kuchni, w której kawałek ciasta miał przepowiadać przyszłość. Są w tej historii przebrania, które dawniej miały chronić przed nieznanym, i tradycje, w których najważniejsza jest pamięć o tych, których już z nami nie ma. Nie wszystkie te zwyczaje mają wspólne korzenie, nie wszystkie oznaczają to samo i nie każdy z nich należy do Halloween. Łączy je jednak coś interesującego: pokazują, jak różnie ludzie próbują zrozumieć świat, oswoić niepewność i znaleźć sens w przemijaniu pór roku oraz ludzkiego życia.
Dlatego w tym roku, zanim kupicie kolejną dynię, może warto zadać sobie kilka pytań.
Czy wiedzieliście, że dawniej wykorzystywano do tego rzepy? Czy spróbowalibyście ciasta, które podobno przepowiada przyszłość? A może wolicie tradycje, w których zamiast straszenia jest miejsce na wspomnienia i rodzinne spotkania?
Każda z tych historii pokazuje coś innego, a wszystkie przypominają, że kultura nie kończy się na granicach państw. Przenosi się razem z ludźmi, zmienia się, łączy z nowymi zwyczajami i czasem przybiera zupełnie nieoczekiwaną formę.
W English Break lubimy takie odkrycia, bo pokazują, że język to coś znacznie więcej niż słówka i gramatyka. To również historie, emocje, tradycje i sposoby patrzenia na świat. A Halloween jest świetnym pretekstem, żeby odkrywać je również podczas lekcji angielskiego!

Jeśli macie ochotę przenieść odrobinę halloweenowego klimatu do nauki, przygotowaliśmy dla Was dwie propozycje.
🕸️ Rodzina Addamsów – nauka angielskiego z dreszczykiem
Pamiętacie Wednesday, Morticię i Gomeza? W naszym poprzednim artykule poznaliśmy bliżej tę niezwykłą rodzinę, która udowadnia, że mrok i czarny humor mogą iść w parze z ciepłem i miłością. Teraz możecie wykorzystać ten klimat również podczas lekcji angielskiego! Przygotowaliśmy prezentację inspirowaną Rodziną Addamsów, idealną na halloweenowe zajęcia.
👻 The Sum of All Fears – kiedy strach staje się tematem rozmowy
A może zamiast fikcyjnych potworów wolicie przyjrzeć się temu, czego boimy się naprawdę? Ta prezentacja obejmuje minimum 60 minut lekcji o strachu we współczesnym świecie. Znajdziecie w niej pytania do dyskusji, sentence starters, zadania ze zdjęciami oraz ćwiczenie ze słuchania.
Co ważne, to temat, który sprawdzi się przez cały rok, nie tylko w Halloween. Bo choć duchy i upiory najlepiej pasują do październikowych wieczorów, rozmowy o ludzkich emocjach nigdy nie wychodzą z mody.
🎃 Dwie prezentacje, dwa spojrzenia na strach i mnóstwo okazji do mówienia po angielsku.
Chcecie zobaczyć, co przygotowaliśmy?
👉 Poznajcie obie prezentacje i wybierzcie coś dla siebie na English Break!
A dynię? Dynię możecie wydrążyć. Tylko nie wyrzucajcie miąższu, kremowa zupa dyniowa będzie znacznie lepszym zakończeniem wieczoru niż spotkanie z upiorem.
Happy Halloween!





